Ceneria logo
 

Strona główna   »  
Testeria   »  

The North Face - kurtka i plecak na rower

Firma The North Face postanowiła wesprzeć moje przygotowania kondycyjne i wręczyć sprzęt gwarantujący komfort w trakcie treningów przygotowujących do Desert & Mountain Challenge – Iran 2012. Pierwsza wrażenia były dobre, ale prawdziwy test to długie godziny w siodle i zmienne warunki. Po przejechanych 1000 kilometrów i moim ostatnim rajdzie terenowym mam już pełny obraz.

Najpierw o plecaku, bo to sprzęt kluczowy – nie może zawieść. Musi być ponad przeciętnie funkcjonalny i mieć każdą możliwą zaletę. Jakiekolwiek wady z podstawowego wachlarza oczekiwań skreślają u mnie każdą firmę. Plecak użytkowałem na trzy sposoby: podczas pół-sprinterskich dojazdów do pracy (10 km w jedną stronę), na weekendowych dłuższych trasach po terenie leśnym, miejskim i terenowym oraz na mieście – bez roweru, jako plecak na co dzień.

Przechodząc do rzecz, plecak The North Face Litho 24 to bardzo solidnie dopracowana konstrukcja. Czuć, że każdy element został tu zaprojektowany w oparciu o konsultacje i doświadczenie. Kompletne wypunktowanie cech tego plecaka spowodowałoby, że nikt z Was nie dotarłby do połowy tego tekstu, dlatego na zapoznanie się z pełnym opisem technicznym odsyłam na stronę oficjalną The North Face i skrót u dołu strony – ja skupię się na wrażeniach bezpośrednich.


Źródło: www.outblog.pl

Po pierwsze system nośny.
Nieco lepszy niż wygląda. Duża powierzchnia nie blokuje oddychania pleców na piersiowym odcinku, ale znacznie gorzej jest przy lędźwiach, gdzie spoczywa ciężar. Przy pełnym wypchaniu plecaka przylega dość ściśle - mokra plama gwarantowana. Znacznie lepiej to wygląda, gdy plecak jest lżejszy. Ale cudów nie ma i tak musi być, choć przyznaję, że używany przeze mnie wcześniej system ze sztywną „kratką” był o mały punkcik lepszy.

Przednie taśmy naramienne jak i pas piersiowy oraz biodrowy są świetnie dopasowane. Nie rozluźniają się i pozwalają przymocować placek na tyle dobrze, że na żadnym wyboju nie skacze na boki, a plecy wciąż względnie oddychają.

Po drugie kieszonki i kieszenie. Tutaj największe uznanie: wszystkie miejsca, w których możemy coś schować zaskakują idealnym dopasowaniem do naszych potrzeb, a cześć z nich przewidują lepiej niż my sami. Wszystko, co trzeba mieć pod ręką (telefony, klucze, karty do biura), znajduje się w zasięgu jednej dłoni. Rzeczy delikatne (elektronika, okulary) mają specjalne schowki – tak samo jak bidony, ciuchy, jedzenie, itp. Dolna wentylacja plecaka zapewnia dostęp powietrza. Komora jest foremna i pozwala ergonomicznie wypchać każdy litr pojemności. Jednym słowem – dobra robota!

Po trzecie materiał. Nylon ripstop, z którego Litho 24 został wykonany, jest wytrzymały, mżawko-odporny i oporny na bród. Siateczki, elastyczne kieszenie boczne, miejsce na rurkę od bidonu, kieszenie wewnętrzne z zamszem, skrytki, uchwyty – jest to wszystko, co trzeba i tak jak trzeba. W zestawie pokrowiec na deszcz i patent na mocowanie kasku. Jedna z klamer pękła mi, co prawda, przy lekkim przydeptaniu w autobusie, ale trudno mieć oczekiwania by były z karbonu – po wymienieniu działa jak trzeba.

Wady: właściwe ich nie ma.
Drażniące są zbyt długie taśmy, które trzeba chować za klamry albo skracać dostarczonymi gumami. Minusem jest też brak opcji na przymocowanie pasa biodrowego – ze względu na umieszczone w nim kieszenie jest dość duży i w użyciu codziennym przeszkadza. Jest jeszcze kwestia ceny (ok. 299 zł), ale za markę się płaci, a marka The North Face nie zawodzi i warto tę gwarancję kupić. Również w przypadku plecaka Litho.

Podsumowanie. Plecak jest duży (24 litry), więc o tzw. „nieodczuwaniu plecaka” nie ma mowy, ale zmieści się w nim wszystko, co trzeba, a my odczujemy to możliwe bezboleśnie. Zastosowane rozwiązania nie tylko sprostają naszym wymaganiom, ale i nie raz nas zaskoczą.

The North Face – good job!


Źródło: www.outblog.pl

Kurta Muddy Tracks Jacket to cienka cerata, która ma zapewnić dwie rzeczy, a właściwie jedną: nie przepuścić kropli deszczu, a przy okazji nie zafundować darmowej sauny. Pierwszy test był banalny i brutalny: łazienkowy prysznic i pełna moc na kurtę. Nic nie puściło – wewnętrzna strona kurtki pozostała sucha.

Drugi poważniejszy wydarzył się znacznie później, kiedy to miałem okazję jechać w letnim deszczu. Krople były duże i dość obfite. Pod kurtą pozostałem cały suchy. Z oddychaniem było oczywiście nieco gorzej, ale tak to musi być. Jeśli w jedną stroną jest zapora nie do przejścia, to nie możemy oczekiwać, że w drugą nasze parujące ciało poczuje się rześko jak na molo w Sopocie. Jedyne, co może zrobić producent, to starać się zminimalizować dyskomfort i mam wrażenie, że The North Face swoją robotę wykonał.

Zaawansowanych rozwiązań brak. I dobrze, bo dzięki temu kurtka jest lekka i po zwinięciu zajmuje naprawdę mało miejsca, ale dla mnie jest to najważniejsze. Zawsze znajdę na nią miejsce i gdy będzie zlewa to nie wychłodzę organizmu.

Profil kurtki jest bardzo dobry; przylegający do torsu i zwężony na rękawach z regulacją na nadgarstkach. Kurtka nachodzi za plecy, z tyłu pozostając nieco poniżej pasa. Wewnętrzna część kołnierza wyłożona jest miłym dla skóry materiałem. Kolor widoczny z daleka, ale nie festyniarski.

Podsumowanie. Minimalistyczna kurtka, ale wykonana z bardzo dobrych materiałów zapewniających to, co w przeciwdeszczowych kurtkach najważniejsze: 100% wodoodporność przy akceptowalnej oddychalności. Mała waga, dwie praktyczne kieszenie i estetyczny design bez niepotrzebnych popisów. Polecam.


Autor tekstu: Łukasz Nitwiński