Ceneria.pl   |   Testeria   |   Turystyka • trekking • wspinaczka   |   Rowery i sprzęt rowerowy   |   Sprzęt narciarski i odzież narciarska   |   Sport i rekreacja
Ceneria logo

Strona główna   »  
Testeria   »  

Jedzenie liofilizowane na wyprawie ? uwagi praktyczne

W czasie wakacyjnego wyjazdu do Skandynawii mieliśmy możliwość przetestowania różnych dań liofilizowanych dostępnych na polskim rynku. Już wkrótce możecie spodziewać się opisów jedzenia liofilizowanego dostępnych n polskim rynku marek Zanim jednak podzielimy się naszymi wrażeniami smakowymi, chcielibyśmy opisać ogólne spostrzeżenia dotyczące jedzenia liofilizowanego.


Piękne okoliczności przyrody - liofilizaty w Skandynawii. Fot. Ceneria.pl


Jedzenie na ekstremalne wyprawy czy wycieczkę w góry?

Czy dzisiejsi turyści wiedzą, co to są liofilizaty? Czy są tacy, którzy nigdy dania liofilizowanego nie spróbowali lub nigdy nie pomyśleli o zakupie takowego? Myślę, że prawdziwi wyjadacze górscy czy wytrawni podróżnicy nie mają dzisiaj problemu z odpowiedzią, czym charakteryzuje się żywność liofilizowana. I chyba większość związanych z turystyką osób coś na temat liofilizatów słyszała.

Choć kiedyś była to żywność, która stanowiła żelazne menu jedynie ekstremalnych wypraw wysokogórskich, dzisiaj zabierana jest nawet na weekendową wycieczkę w góry. Oczywiście nie każdy turysta jest jej fanem, ale znamy takich, którzy wolą obiad liofilizowany niż danie ze schroniska. Czasami jest niezbędna: gdy przemierzamy wiele kilometrów z dala od cywilizacji z całym dobytkiem na plecach potrzebnym np. na 2-tygodniowy trekking. Wtedy lekka i łatwa do przyrządzenia żywność liofilizowana wydaje się niezbędna.

Pamiętam czasy, gdy pierwsze dostępne w Polsce liofilizaty, które zabraliśmy na wyprawę, przypominały szarą miazgę, a na pewno nie makaron z warzywami, jajecznicę czy kaszę z mięsem, jak wskazywały nazwy na opakowaniu. Czasy się zmieniają i w te wakacje mieliśmy okazję przekonać się, że światowe marki w dziedzinie technologii służącej do przetwarzania żywności liofilizowanej idą do przodu: jedliśmy dania warzywne, w których wyraźnie rozróżnialiśmy groszek, fasolkę i kukurydzę, jajecznica pachniała smażoną cebulką, a między zębami chrupały kawałki bekonu. W chwilach rozpusty pozwalaliśmy sobie na pochłanianie musu czekoladowego lub puddingu waniliowego. Tak, wszystko było smaczne, a od tej reguły zdarzały się nieliczne wyjątki. Osoby zwracające uwagę na kwestie zdrowego odżywania zapewne zainteresuje fakt, że co prawda proces liofilizacji to wymrażanie, ale dzięki temu uzyskujemy produkt trwały, przygotowany bez użycia konserwantów.


Bez środków konserwujących. Fot. Ceneria.pl

Jeśli więc choć trochę przekonaliśmy Was na początek do żywności liofilizowanej, rozpocznijmy pakowanie.


Cena, czyli czy faktycznie porcja liofilizatu jest droga i jak to się ma do wagi?

Udajemy się do sklepu outdoorowego, by kupić liofilizaty na wyjazd. Wiele osób - nawet tych znających zalety żywności liofilizowanej - rezygnuje z ich zakupu na rzecz wszelkiego rodzaju „chinek”, „gorących kubków”, „mlecznych startów” oraz ryżów i sosów w proszku, gdyż zaporowa okazuje się dla nich cena. Dania te potrafią kosztować od 20 do 40 zł (w zależności od wielkości porcji). Jeśli nastawimy się na jedzenie przyrządzane samodzielnie, na pewno będziemy w stanie przygotować je w cenie niższej za jeden obiad niż kwota, którą musimy wydać na porcję liofilizatu. Natomiast jeśli udajemy się do kraju, w którym chleb potrafi kosztować 30 zł (Skandynawia), argument cenowy jakoś przestaje mieć znaczenie :) Poza tym - tak jak pisaliśmy wcześniej - czasami taka żywność jest po prostu niezbędna w przypadku długich wypraw, na których musimy być samowystarczalni.

Jej zaletą jest waga
. Zdecydowanie lepiej jest dołożyć do plecaka dodatkowe kilogramy w postaci liofilizatów niż znacznie cięższych torebek z ryżem i puszek z szynką konserwową. I nie tylko chodzi o to, ile będziemy musieli dźwigać podczas wyprawy na własnych barkach. W erze tanich linii to ile waży nasz plecak także ma duże znaczenie. Ogólny trend outdoorowy w kierunku „light and fast” na dobre zadomowił się w naszej świadomości i coraz częściej zwracamy uwagę, na to ile waży nasz sprzęt czy odzież. Liofilizaty zdecydowanie wygrywają pod tym względem z żywnością tradycyjną. Poza tym zastanówmy się, ile zużyjemy gazu, gotując w kilka minut wodę na liofilizat, a ile przygotowując tradycyjny makaron z sosem?


Zestaw tradycyjnego jedzenia na wyjeżdzie i... duża butla z gazem, by zapasu starczyło na przygotowanie.
Fot. Ceneria.pl

Przeglądając ofertę liofilizatów na Ceneria.pl widać, że nawet na 1 porcji tego samego dania można oszczędzić kilka złotych.

Na pewno przy zakupie należy zwrócić uwagę, czy cena dotyczy opakowania zawierającego porcję dla 1 czy 2 osób (tak sporo firm różnicuje swoje produkty). Od firmy Trek'n Eat otrzymaliśmy cenną sugestię, by zwracać uwagę na ilość kalorii, którą dana porcja dostarcza. Nasze ostatnie doświadczenia uświadomiły nam, że bardzo ważne jest także sprawdzenie wagi paczki, a dokładniej rzecz ujmując to, ile z paczki o określonej wadze otrzymamy kalorii. Optymalna opcja jest taka, by z paczki o jak najmniejszym ciężarze przygotować danie jak najbardziej kaloryczne. Firma Adventure Food wydaje się mieć ujednoliconą ilość kalorii dla wszystkich swoich dań (a przynajmniej większości tych, które udało nam się spróbować) – na opakowaniach znajdziemy informację, że dania te dostarczą nam 600 kcal (z ok. 130-140 gramowych paczek). Mountain House w swojej ofercie ma porcje pojedyncze (ok. 100-120 g) oraz tzw. „big packi” (ok. 180-200 g). Trek'n Eat wydaje się mieć w większości porcje pośrednie (ok. 160 g).

Ze względu na różnorodność firm produkujących liofilizaty oraz specyfikę dań w ofercie, nie mamy gotowej recepty na to, jakie dania są pod tym kątem najlepsze. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko skrupulatnie przeglądać szczegółowe informacje, które zawarte są w opisach na stronach internetowych sklepów lub sprawdzanie ich na opakowaniach w sklepie.


Na opakowaniu znajdziemy szczegółowe instrukcje w j. polskim. Fot. Ceneria.pl


Pakowanie, czyli jak zmieścić liofilizaty w plecaku?

Zaopatrzyliśmy się w kilkanaście dań liofilizowanych na wyjazd. Przeliczając skrupulatnie ilość kalorii w stosunku do wagi lub po prostu kierując się preferencjami smakowymi wybraliśmy głównie dania obiadowe, nie zapominając jednak o kilku śniadankach i dla rozpusty decydując się na parę deserów.

Przed wakacyjnym wyjazdem dość dużym wyzwaniem jest spakowanie bagażu w taki sposób, by zabrać wszystko, co potrzebne, a jednocześnie by zmieściły się te wszystkie „niezbędne” sprzęty do jednego nie bardzo ogromnego plecaka, z którym wygodnie będzie nam się przemieszczać.

Liofilizaty zachwalane są jako lekkie, nie zajmujące dużo miejsca w plecaku, idealne na wędrówki w górach, których zaletą jest to, że można je bardzo szybko i wygodnie przygotować.
Jadąc na wyjazd z liofilizatami, wystarczy zabrać niewielki kartusz i małą menażkę lub wręcz kubek. Idealny jest ekonomiczny zestaw typu Jetboil. Nie zużyjemy dużo gazu, gdyż do ich przygotowania potrzebujemy jedynie wrzątku. Zyskujemy dodatkowe miejsce, bo zestaw menażek, który zazwyczaj zabiera się na wyjazdy, możemy zostawić w domu. Nie potrzebujemy gąbki czy buteleczki z płynem do mycia naczyń, gdyż wodę wlewamy prosto do opakowania z liofilizatem - brudzimy jedynie widelec, wyjadając danie z paczki. Zapominamy o myciu brudnych naczyń. Możemy podarować sobie także opakowanie z solą czy innymi przyprawami, które używamy do przygotowania tradycyjnych dań obiadowych. Liofilizat to gotowe danie, które nie wymaga dodatkowych zabiegów oprócz zalania wrzątkiem (są pewne wyjątki, ale o tym za chwilę).

Gdy zsumujemy ilość „drobiazgów”, które przestają być „niezbędne”, zyskujemy mnóstwo miejsca.



Jedzenie liofilizowane na wyprawie. Fot. Ceneria.pl



Dawno już mamy gotową listę rzeczy potrzebnych na wyjazd, ostatnie zakupy poczynione, sprzęt leży przed nami gotowy do spakowania. Zabieramy się więc za czynność, która wymaga niezłego kombinowania: co na dno, co, żeby mieć pod ręką, jak dopasować do siebie różnorodne kształty rzeczy, które zabieramy na wyjazd, tak, żeby jak najekonomiczniej wykorzystać miejsce w plecaku.

Oczywiście chciałoby się, żeby i liofilizaty go jak najmniej zajęły. Ważne jest, żeby podczas przeliczeń wagowo-kaloriowych nie zapomnieć zwrócić uwagi na opakowanie. W naszym przypadku dopiero podczas próby optymalnego spakowania liofów wyszedł na jaw fakt, że należałoby wprowadzić wśród nich kategorie „pokrak” i „zgrabniachów”.

Bardzo pozytywnym zaskoczeniem były dla nas
liofilizaty firmy Adventure Food. Jedzenie tej firmy spakowane jest w niewielkich rozmiarów opakowanie, jednocześnie suche produkty równomiernie wypełniają całą paczkę w środku – całość to zgrabny pakiecik. Można takie paczuszki ułożyć jedna obok drugiej, nie martwiąc się, że pomiędzy zostaną niewykorzystane przestrzenie. Podobnie rzecz się ma z opakowaniami Trek'n Eat – są nieco większe od Adventure Food (zawierają więcej jedzenia,więc większa jest ich waga), ale także są to cienkie paczuszki. Mam wrażenie, że jedzenie Adventure Food jest znacznie bardziej rozdrobione, stąd lepsze możliwości upchania w paczce mniejszej objętości. W opakowaniach Trek'n Eat twarde kawałki jedzenia są bardziej wyczuwalne. Przyzwoicie wygodne w pakowaniu są liofy firm Farmer's Outdoor i Extreme Adventure Food, aczkolwiek gdy porównamy ich wagę i wartości kaloryczne, to jednak Adventure Food okazuje się w tym towarzystwie liderem w zakresie ekonomii objętości.


Adventure Food zachwyciło nas zgrabnymi opakowaniami. Fot. Ceneria.pl

O firmie Mountain House w zagranicznym świecie outdoorowym krążą legendy.
Gdy zdarzyło nam się rozmawiać o liofilizatach ze znajomymi z zagranicy, to zawsze padała nazwa Mountain House. To właśnie te liofilizaty zabierali na wyprawy lub tę nazwę przynajmniej kojarzyli. Używana jest przez wielu alpinistów, a dania uchodzą za jedne z najsmaczniejszych. Natomiast my mieliśmy problem z ich spakowaniem. Jedzenie zbierało się w dolnej części paczek, tworząc wybrzuszenia z dwóch stron, natomiast góra pozostawała pusta. Mam swoją teorię na ten temat. Dania Mountain House są liofilizowane w całości, podczas gdy konkurencja w procesie produkcji liofilizuje ponoć poszczególne produkty osobno. Przypuszczam, że stąd wynikają dysproporcje. Ale na pewno jest to szczegół, na który firma mogłaby zwrócić uwagę w przyszłości. Zaletą jednoczesnej liofilizacji wszystkich składników jest smak – ale o tym więcej za chwilę. Muszę także uczciwie nadmienić, że głównie korzystaliśmy z „big packów” Mountain House'a, być może pojedyncze paczki są bardziej pakowne.


Mountain House - legenda wśród liofilizatów. Fot. Ceneria.pl


Jak przygotować danie liofilizowane, czyli czy na pewno jest to takie proste?


Pisaliśmy już wcześniej, że przygotowanie gotowego do spożycia liofilizatu jest banalnie proste. Wystarczy danie zalać gorącą wodą, odczekać parę minut i zjeść. Niby ta zasada się sprawdza, ale…

Liofilizaty możemy potraktować jako jedzenie awaryjne w sytuacjach ekstremalnych, np. podczas wielodniowej wspinaczki w ścianie lub jako normalny posiłek podczas biwaku pod namiotem. W tej drugiej sytuacji mamy zazwyczaj komfortowe warunki na przygotowanie posiłków.

Mimo że liofilizaty są dostosowane do tego, by spożywać je prosto z paczki, możemy je w sprzyjających okolicznościach przełożyć do innego naczynia i wygodnie jeść np. z menażki. W takich sytuacjach pewne pechowe nieudogodnienia związane z liofilizatami przestają mieć znaczenie, inaczej jest, gdy zależy nam na jak najszybszym przygotowaniu dania w jak najmniej angażujący sposób.


Szybka przekąska w trakcie podróży. Fot. Ceneria.pl


Wyciągamy liofilizat z plecaka i próbujemy go otworzyć, by dostać się do środka. W zasadzie wszystkie liofilizaty mają na swoich opakowaniach nacięcia w górnej części, pozwalające jednym ruchem ręki oderwać kawałek torebki, tak by jej zawartość stanęła dla nas otworem. Nacięcia te są wyraźnie widoczne na opakowaniach większości producentów. Firma Trek'n Eat dodatkowo umieściła jeszcze w tym miejscu napis „Tear to open”, a Extreme Adventure Food - „Tear Open”. Niestety nie wszystkie paczki udaje się łatwo rozerwać. Mieliśmy kłopot z otwarciem opakowań Farmer's Outdoor (dla tej firmy wydaje się to regułą) i czasami Extreme Adventure Food. Gdy miało się mokre ręce w zasadzie było to wręcz niemożliwe, trzeba było szukać scyzoryka, by sobie dopomóc. Dość dobrze zabezpieczone były też opakowania Trek'n Eat.


Trek'n Eat z napisami instruującymi jak otwierać opakowanie. Fot. Ceneria.pl

Spotkaliśmy się z różnymi systemami określania ilości wody, którą należy wlać do środka. Najczęściej w instrukcji przyrządzania podawana była konkretna ilość w ml. Jeśli jest to 200 ml, 300 ml czy 500 ml zazwyczaj bez problemu można sobie taką ilość odmierzyć za pomocą naczyń, które mamy na wyjeździe, gdyż wiemy, ile mililitrów mierzy nasz podręczny kubek. Kłopot jest wtedy, gdy mamy wlać np. 420 ml. Nawet jeśli mamy jakieś naczynie z podziałką, odmierzenie takiej ilości wody może się odbyć jedynie „na oko”, gdyż raczej tak dokładnej skali producenci nie uwzględniają. Niektóre firmy (Treak'n Eat) pomagają nam w ten sposób, że podają ilość wody, którą mamy wlać, dodatkowo zaznaczając na opakowaniu linię, do której mamy napełnić wodą opakowanie w zależności od konkretnego dania. Firma Adventure Food posiada na każdym opakowaniu ustandaryzowany system kresek ponumerowanych od 1 do 20 i w przypadku konkretnych dań instruuje nas, do której kreski mamy nalać wodę, dodatkowo podając także jej ilość w ml. System pomocny, tylko że w obu przypadkach kreski znajdują się na zewnątrz, a wodę wlewamy do środka nieprzeźroczystego opakowania. Trudno jest więc ocenić, czy już dobiliśmy do kreski, czy jeszcze nie. Mniej więcej zawsze wlewanie wody odbywa się więc „w przybliżeniu”. Może nie byłaby to istotna rzecz, czy nasze danie zalejemy 10 ml wody więcej czy mniej, tylko że przekonaliśmy się, że gdy wody jest za mało, na dnie paczki zostają twarde, nie nasiąknięte wodą i niezjadliwe kawałki liofa. Gdy wody wlejemy za dużo, smaczne danie może zamienić się w niesmaczną zupę. Czasami mieliśmy także wrażenie, że sami producenci nie przemyśleli do końca proporcji proszku w stosunku do wody i danie mogłoby być lepsze z mniejszą ilością wody. Na szczęście takich przypadków było niewiele. Choć sądzimy, że najbardziej zadanie ułatwiłoby to, gdyby podziałka była widoczna wewnątrz opakowania. Trudno nam się jest wypowiadać, czy technicznie jest to możliwe. Wręcz sądzimy, że z ekonomicznego punktu widzenia naniesienie kreski wewnątrz byłoby trudne, gdy cały druk znajduje się na zewnętrznej stronie, ale przecież świat idzie do przodu i być może uda się kiedyś jakieś rozwiązanie znaleźć. Może zostawienie fragmentu przeźroczystego opakowania z nadrukowaną na tym kawałku kreseczką, do której należy napełnić wodę, widoczną wtedy także wewnątrz, byłoby rozwiązaniem problemu?


Przydaje się naczynie z podziałką. Fot. Ceneria.pl

Większość paczek ma tę samą konstrukcję. Złożone na zakładkę dno, które rozszerza się, gdy wlejemy do niego wodę. Wtedy danie należy zamieszać. To dno nie ułatwia nam jednak zadania, gdyż kawałki jedzenia dostają się w kąty i nie są na tyle mobilne, byśmy mogli po prostu wstrząsnąć torebkę w celu zamieszania dania. Nauczyliśmy się z czasem, że należy posłużyć się łyżką, by wydobyć kawałki jedzenia z zakamarków i zamieszać. Tylko wtedy uzyskamy jednolicie nasiąknięte wodą danie, gotowe do spożycia.

Cierpliwie musimy odczekać od 6 do nawet 12 minut aż danie będzie gotowe. Zazwyczaj według instrukcji jest to 8 minut. Jest to czas, kiedy to możemy zająć się innymi czynnościami, więc ten czas oczekiwania nie ma aż tak dużego znaczenia. Tym bardziej że wszystkie opakowania mają perforowane zamknięcie, więc możemy nasze danie odstawić na bok, nie bojąc się, że gdy przypadkowo je przewrócimy, zawartość wycieknie nam na zewnątrz.

Jeśli zależy nam na szybkim posiłku, musimy już przy zakupie wybierać te potrawy, które mają krótki czas „przygotowania”. W końcu u podstaw idei jedzenia liofilizowanego leży przekonanie, że mają to być dania szybkie i łatwe w przyrządzeniu :) Z naszych doświadczeń wynika, że czas przygotowania różni się raczej w zależności od konkretnego dania niż ogólnie marki liofilizatu.

Wreszcie możemy przystąpić do spożywania naszego dania. Nawet jeśli wybieramy opcję jedzenia nie z opakowania, a z naczynia, musimy i tak dostać się do środka, gdzie nasze danie cudownie zwiększyło swoją objętość. Chwytamy sporka lub inny sztucieć w dłoń i... okazuje się, że im bardziej ubywa nam dania, tym większy mamy problem z jego zjedzeniem. Musimy bowiem sięgać mocno, by wszystkie kawałki dania wydobyć, a prostokątna paczka jest dość głęboka. Dobrze jeśli mamy do czynienia z daniem o konsystencji dość zwartej, wtedy nie brudząc specjalnie dłoni o wewnętrzne ścianki torebki obiad zjemy. Ciekawym jednak doświadczeniem staje się jedzenie zup, a zdecydowanym wyzwaniem - musu czekoladowego.


Mus czekoladowy - zjedzenie go może okazać się nie lada wyzwaniem.
Fot. Ceneria.pl

Większość opakowań ma kształt pionowego prostokąta, jedynie Extreme Adventure Food kwadratu. Wydaje się to być zdecydowanie wygodniejsze rozwiązanie. Większe paczki być może lepiej wyglądają na półce w sklepie górskim, gdzie bardziej rzucają się w oczy, ale nie ułatwiają turyście zjedzenia obiadu. Dość zgrabne jest Adventure Food, którego wyższość dotycząca opakowania doceniliśmy już na etapie pakowania. Mountain House z kolei choć ma ogólnie dość duże torebki (big packi), to jednak zamknięcie liofilizatu umieszcza nisko w stosunku do całej wysokości opakowania, co wydaje się dość dobrym rozwiązaniem. Może jakiś pomysł to robienie prostokątnych paczek, ale o orientacji poziomej (a nie pionowej jak obecnie), co zdecydowanie ułatwiłoby spożycie posiłku w sposób komfortowy.

Musimy wspomnieć o jeszcze jednej kwestii: nie wszystkie liofilizaty zalewamy gorącą wodą. Część deserów wymagała wody letniej lub zimnej. Warto na to zwrócić uwagę, jeśli liczymy na ciepły posiłek. Z kolei w przypadku jajecznicy Trek'n Eat gotowe danie uzyskaliśmy dopiero po podsmażeniu papki zalanej niewielką ilością wody. Mimo że fakt ten skomplikował przygotowanie śniadania, było to jedno z pyszniejszych śniadań na wyjeździe. Być może zdecydowało o tym właśnie podsmażenie.


Mimo że wymagała podsmażenia - przepyszna jajecznica liofilizowana.
Fot. Ceneria.pl


Smak to rzecz względna, czyli dlaczego o gustach i guścikach się nie dyskutuje?

Chcielibyśmy jedynie ogólnie w tym miejscu wspomnieć o walorach smakowych liofilizatów. Planujemy opisanie w osobnych tekstach dań poszczególnych firm, które udało nam się spróbować, aczkolwiek długo zastanawialiśmy się czy opisywanie smaku w przypadku liofilizatów w ogóle ma sens. Okazywało się bowiem, że danie, które jednej osobie bardzo przypadło do gustu, dla innej było niezjadliwe. Ktoś się zachwyca łososiem lub makaronem z krabami, a ktoś inny może nie cierpieć dań typu „frutti di mare”. Dobrze doprawiona potrawa dla kogoś może być atutem, dla innych jest zbyt ostra. Firma Mountain House na przykład uważa, ze lepszą opcją jest zaoferowanie dania słabiej doprawionego, które można potem dosolić według własnego uznania. Aczkolwiek z naszego doświadczenia wynika, że gdy mamy już gotowy liofilizat nie chce się sięgać dodatkowo po żadne przyprawy, nawet sól. Zresztą akurat produkty tej firmy nie uważamy za jakoś szczególnie mdłe czy bez smaku (były i takie głosy, które smak tych potraw stawiały zdecydowanie ponad innymi liofilizatami). Z kolei niektóre dania kuchni indyjskiej Extreme Adventure Food były dla nas za ostre (choć uczciwie trzeba nadmienić, że inne osoby na wyjeździe nie zauważały problemu). Być może wyjściem z sytuacji dla lubiących bardziej zdecydowane smaki mogłoby być dołączanie przypraw w woreczku do dowolnego użycia.


Kto lubi "owoce morza"? Fot. Ceneria.pl

Jeśli mielibyśmy wyrazić ogólną opinię na temat walorów smakowych liofilizatów, to uważamy, że są... zaskakująco smaczne!
Wydawałoby się bowiem, że z takiego suchego pół proszku nic dobrego nie można uzyskać. Pisaliśmy już wcześniej, że nie mieliśmy zbyt dobrych doświadczeń smakowo-zapachowych, a jednocześnie wizualnych z liofilizatami w przeszłości. Natomiast na tegorocznym wyjeździe dania te jedliśmy autentycznie z apetytem. Owszem, zdarzały się wyjątki, gdy danie nie smakowało tak jak przyrządzone w domu, ale były to naprawdę nieliczne momenty. Czasami mieliśmy jedynie uwagi do zapachu potraw (np. niektóre dania Adventure Food), ale smak był przyzwoity.

Chcielibyśmy uniknąć klasyfikowania poszczególnych firm według „smaczności” potraw, tzn. na pewno nie można powiedzieć, że któraś z firm produkuje dania bardziej smaczne, a któraś mniej. Tak naprawdę w ofercie każdej marki znaleźliśmy te, które nam bardziej smakowały lub mniej. Co nie znaczy, że komuś innemu akurat te dania będą smakowały tak samo, bo i wśród naszej ekipy preferencje były różne. Choć ogólnie możemy stwierdzić, że nam akurat bardziej przypadły do gustu drugie dania z dodatkiem makaronu lub ryżu niż ziemniaków. Ogólnie jedynie podsumowując ofertę poszczególnych firm, możemy pokusić się o następujące stwierdzenia: Adventure Food proponuje dania może nie tyle tradycyjne, co raczej często spotykane, jak: Makaron bolognese, Kurczak curry z ryżem, Tikka masala z ryżem, które zapewne będą stanowić najmniejszą niespodziankę smakową dla tych, którzy obawiają się eksperymentów kulinarnych na wyjazdach; Trek'n Eat stanowi propozycję dla tych, którzy na co dzień mają do czynienia z tzw. zdrową kuchnią, np. Danie z soczewicy, Makaron z kurczakiem i szpinakiem w sosie śmietanowym, Grzyby leśne - ragout sojowe z makaronem, jak również firma ma ofercie dania bardziej wyszukane, np. Dziczyzna dla smakoszy czy Makaron w sosie łososiowym z ziołami. Z oferty Extreme Adventure Food najbardziej zapamiętaliśmy mocno przyprawione dania kuchni indyjskiej i orientalnej, jak Tikka wegetariańska z ryżem czy Łagodny kurczak w sosie Korma (czy taki łagodny?). Mountain House z kolei wybiorą osoby, które zwracają uwagę na dietę – poszczególne dania opisane są jako odpowiednie dla diabetyków czy zwolenników diety muzułmańskiej czy wegetariańskiej. W ofercie znaleźliśmy naprawdę sporo smacznych dań.


Ulubione danie Darka. Fot. Ceneria.pl

Niestety, nasze dzieci miały inne zdanie :( Wydaje się nam możliwe przetrwanie wyłącznie na liofilizatach nawet 2 tygodnie, natomiast dzieciom musieliśmy przygotowywać osobne obiady. Stanowczo odmówiły jedzenia dań z paczki, zmuszone tolerowały jedynie makarony. Trudno nam ocenić tę postawę, bo wydawało się, że dania liofilizowane, które próbowaliśmy, naprawdę niewiele odbiegały jakością smaku od tych, które je się na co dzień w domu, czy można zamówić w restauracji. Prawdopodobnie chodziło o sam fakt eksperymentów kulinarnych - nasze pociechy mają swoje przyzwyczajenia smakowe i nie są skłonne do próbowania czegoś nowego. Chyba że są to desery:) Te zjadały ze smakiem, a nawet dopominały się o przyrządzenie.

Jedyne dania, które tolerowały przez mrugnięcia okiem, to nie liofilizaty, tylko jedzenie fachowo nazywane sterylizowanym firmy Adventure Menu. To gotowe dania, które by podgrzać w opakowaniu wkłada się do gotującej wody - posiłki Adventure Menu nie są liofilizatami, zatem nie dodaje się wody do paczki, by danie napęczniało. Do podgrzania można także użyć opracowanego przez firmę samopodgrzewacza.


Adventure Menu - gotowy obiad domowy. Fot. Ceneria.pl

Faktycznie posiłki te smakują i wyglądają jak u babci i niczym się nie różnią od normalnych obiadów. W przypadku wyjazdów samochodowych jest to ciekawa alternatywa dla podróżników, dla trekkingowców przeszkodą będzie na pewno waga: 1 paczka to aż 500 g. Myślę jednak, że nawet na ekstremalnych wyprawach, na których liczy się każdy gram, warto przemyśleć zabranie ze sobą nie całych dań, ale chociaż paczek mięsa sterylizowanego, które można dodać do zestawów obiadowych. W Skandynawii mieliśmy kilka słoików z pulpetami domowej roboty. Myślę, że na kolejny wyjazd przemyślimy sprawę zakupu propozycji mięsnych Adventure Menu, gdyż mięso zawsze stanowi solidną dawkę kalorii i najłatwiej jest się nim nasycić.


Jedzenie Adventure Menu podgrzewa się w opakowaniu. Fot. Ceneria.pl

Podsumowanie


Wnioskiem z tego dużego opracowania jest to, że firmy niewątpliwie dbają o dopracowywanie technologii liofilizacji i dania przez nie oferowane są coraz smaczniejsze. Nie mamy wątpliwości, że obecnie jest to najciekawsza propozycja jedzeniowa dla wymagających turystów. Przedstawiamy kilka uwag podsumowujących nasze opracowanie:

1. Już na etapie zakupu warto zwrócić uwagę na stosunek wagi do kalorii, jednocześnie biorąc pod uwagę cenę produktu.
2. Należy pamiętać, że wielkość opakowania i jego „sprasowanie” ma znaczenie, szczególnie w przypadku pakowania na wyprawę, gdy zależy nam na oszczędności miejsca.
3. Zaletą jest niska waga.
4. Jeżeli zależy nam na szybkości przyrządzenia liofilizatu, sprawdźmy informacje dotyczące czasu oczekiwania na gotowe danie od momentu zalania gorącą.
5. Przyrządzanie liofilizatów to oszczędność gazu – gotujemy jedynie wodę.
6. Na wyjazd warto zabrać naczynie z podziałką – ułatwi to nam zalanie liofilizatu odpowiednią ilością wody.
7. Niektóre dania wymagają dodatkowych zabiegów, np. podsmażenia lub zalania zimną lub letnią wodą – radzimy przeczytać dokładne instrukcję przyrządzania zawartą na opakowaniu.
8. Warto by było, by firmy produkujące liofilizaty zastanowiły się nad kształtem i wielkością swoich opakowań – mogą stanowić bowiem przeszkodę w dostaniu się do środka paczki, by wygodnie zjeść gotowy liofilizat.
9. Konstrukcja dna paczki mogłaby być bardziej przemyślania – zdarza się ze kawałki suchego jedzenia zostają w zakamarkach złożonej na zakładkę konstrukcji.
10. Okres przydatności do spożycia to kilka lat – niewykorzystane lioflizaty można użyć na kolejnej wyprawie.

Kamila i Darek Gruszka
Ceneria.pl

c.d.n.


UWAGA Z OSTATNIEJ CHWILI!!!

Przeglądając ofertę firmy Adventure Food znaleźliśmy taki pomysł na rozwiązanie pewnych nieudogodnień, o których pisaliśmy: łyżka Adventure Food o długości 22 cm z zaznaczoną na trzonku skalą do odmierzania ilości wody potrzebnej do przyrządzenia posiłku AF.


 


ZOBACZ PRODUKTY