Ceneria logo
 

Strona główna   »  
Testeria   »  

Podsumowanie roku w koszulkach Smartwool

Odzież termoaktywna to temat o którym często piszę w dziale „Posłuchaj eksperta”, szczególnie o odzieży z wełny merino. Jeśli jednak chodzi o markę Smartwool, opisywałam jedynie skarpetki tej firmy - o ubraniach nie miałam jeszcze okazji przedstawić swojego zdania.

Myślę, że ten artykuł może być podsumowaniem wielu miesięcy użytkowania bluzek Smartwool, m.in.podczas różnorodnych tegorocznych wyjazdów (było ich sporo) oraz noszenia na co dzień.


Spece od marketingu marki polecają nieprzekonanym do produktów z wełny merino wykonać 48-godzinny „Smartwooltest”. Polega on na tym, by założyć na siebie coś z wełny merino, następnie uprawiać wszelkie możliwe aktywności, także spać w koszulce i zastanowić się, czy czujemy różnicę po tym czasie.

Takie testy moje bluzki Smartwool przeszły już wielokrotnie. W tym roku niespodziewanie znaleźliśmy się w Rumunii na półtoratygodniowym wyjeździe majowym. Totalnie bez planów – bo mieliśmy być w innym miejscu – jeździliśmy po górach Transylwanii, zatrzymując się na nocleg na jakiejś ustronnej polance (tak, w Transylwanii można nie tylko wędrować po górach, ale także jeździć samochodem, bo przez środek Karpat wiodą słynne trasy, m.in. transfogaraska i transalpejska).

Nocowaliśmy w namiocie, często bez dostępu do wody - musiał nam starczyć jedynie baniaczek napełniony gdzieś po drodze i podgrzana na słońcu woda z prysznica solarnego. Pranie ciuchów w takich warunkach byłoby zbyt dużym marnotrawstwem i zdecydowanie za dużą ekstrawagancją. Ale ja na szczęście na wyjazdy zabieram wszystkie moje bluzki z wełny merino i właśnie w nich mogę czuć się komfortowo nawet dłużej niż przez 48 godzin.

Podobne warunki mieliśmy podczas pobytu w Finlandii, gdzie spędziliśmy 3 tygodnie pod namiotem. Podróżowaliśmy od parku do parku narodowego, rozbijając namiot w darmowych miejscach biwakowych, które miały niemal wszystko: miejsce na ognisko, przygotowane drewno, siedziska, ruszt, garnek, siekierę, kije na kiełbaski, nierzadko zadaszenie w razie niepogody, czystą sławojkę zasypywaną specjalną mieszanką, by nie śmierdziało i muchy nie latały. Brakowało jedynie prysznica...

Przykładowa koszulka Smartwool. Fot. Smartwool.com

Zmierzam do tego, że na takie niezbyt higieniczne warunki, odzież z wełny merino jest jak dla mnie idealna. Ma wiele zalet, ale chyba najważniejszą jest to, że nie czuję się w niej nieświeżo. Nie nasiąka brzydkimi zapachami i można ją nosić, a nawet w niej spać, bez przerwy kilka dni.

Co więcej, niektóre moje bluzki merino mają naprawdę już sporo lat, a cały czas nadają się do użytkowania w przeciwieństwie do bluzeczek syntetycznych, które ostatecznie tak nasiąkają potem, że nawet pranie im nie pomaga.

Bluzki Smartwool towarzyszą mi nie tylko podczas długich wyjazdów, są idealne na intensywne wypady weekendowe, gdy cały dzień spędzamy np. w górach, a potem na wieczór musimy jeszcze w miarę świeżo wyglądać w schronisku.

Koszulki z merino świetnie sprawdzają się w codziennym użytkowaniu latem podczas bardzo ciepłych dni. Wtedy zupełnie zapominam o bluzkach bawełnianych, bo wiem, że po godzinnym wyjściu „na miasto” musiałabym je wrzucić do pralki. Bawełna nie oddycha, nasiąka potem, a mnie szczególnie przerażają mokre plamy pod pachami i na plecach, które noszeniu bawełnianych T-shirtów i bluzeczek towarzyszą. Zdecydowanie bardziej w takie dni odpowiada mi odzież merino. Choć muszę zaznaczyć, że w bardzo mocno upalne dni bluzeczki merino też nasiąkną potem – mamy jednak gwarancję, że wyschną szybciej niż bawełna (choć może nieco wolniej niż syntetyk), a po wyschnięciu nie będziemy czuć zapachu potu.


Na upał w mieście - całodniowe zwiedzanie Budapesztu. Fot. Ceneria.pl

Szczególnie latem lubię bluzeczki Smartwool. Spośród wszystkich firm oferujących odzież z wełny merino, to właśnie Smartwool posiada najbardziej „elegancką” kolekcję. Icebreaker wygląda bardziej sportowo, a Devold produkowany w Norwegii kojarzy mi się z prostą odzieżą na największe mrozy – jest chyba najcieplejszy. Smartwoola można założyć nawet do eleganckiej spódniczki i pobiec w nim do pracy, nie obawiając się, że wygląda się niestosowanie do okoliczności, a jednocześnie mając gwarancję, że będziemy się w tej odzieży czuć komfortowo.

Wełna merino jest uniwersalna. Jest odpowiednia zarówno latem, jak i zimą. Na wypady na narty lub przebywanie zimą przez kilka godzin na świeżym powietrzu nie wyobrażam sobie nie założyć jako pierwszej warstwy koszulki z merino. Jest ciepła i przyjemna w dotyku. Ma tę niewątpliwą zaletę, że podczas zimowych aktywności, nawet gdy się spocimy, zmoczona wełna będzie nas nadal grzała.

To nie jest tak, że widzę same plusy w odzieży merino. Dostrzegam także wady. Podstawowa to to, że dość dużo kosztuje. Zważywszy jednak, że mamy szansę użytkować ją naprawdę długo - dużo dłużej niż syntetyczne wynalazki, które są tylko odrobinę tańsze - ta cena jest chyba adekwatna. Musimy się liczyć jednak z tym, że odzież z wełny merino ulega łatwiej uszkodzeniom niż syntetyki. Materiał, z jakiego są zrobione koszulki, to dzianina – łatwo zaciągnąć w niej nitkę, czy nawet zrobić dziurę, co zupełnie nie ma miejsca w przypadku innych materiałów termoaktywnych. Muszę się przyznać, że mam w swojej koszulce Smartwool zaszytą dziurkę, na szczęście miejsce to nie rzuca się w oczy.

Ostatnio uświadomiłam sobie też, że merino łatwiej jest poplamić niż syntetyk – plamy są bardziej trwałe, bo wnikają w materiał, natomiast w syntetykach brud wydaje się zatrzymywać na warstwie zewnętrznej i można go bez problemu sprać.

I niestety, jeśli chodzi o użytkowanie na co dzień, to jednak ja zdecydowanie muszę koszulki z merino przed włożeniem na siebie wyprasować. Na wyjazdach wykazuję się większą tolerancją. Nie wiem jednak od czego to zależy, że po praniu Icebreaker i Smartwool jest wygnieciony, a Devold gotowy od razu do użycia (prawdopodobnie od procentowej zawartości merino). Choć rozwieszenie na świeżym powietrzu koszulek latem do wyschnięcia powoduje, że bardziej naturalnie prostują się wszelkie zagniecenia.

Mimo tych niedogodności jestem nieustanną ambasadorką odzieży z wełny merino. Towarzyszy mi ona na każdym wyjeździe. Pakując się, szykuję zawsze w pierwszej kolejności koszulki z merino, dopiero potem dokładam sztuczne, jeśli planuję dłuższy wypad. Swego czasu miałam nawet pomysł na wymianę całej mojej garderoby na odzież z merino - dążę do tego systematycznie przynajmniej w przypadku bluzeczek z krótkim i długim rękawem. Smartwool – oprócz skarpet, których już sporo nagromadziłam - w swojej ofercie posiada także getry, grubsze bluzy, a nawet spódniczki i majtki, więc chyba jeszcze sporo wydatków przede mną :)

Koszulki Smartwool poprzez swój design pozwalają czuć się naprawdę komfortowo i stylowo nawet podczas trzytygodniowego wyjazdu z jednym tylko noclegiem na płatnym polu namiotowym z ciepłym prysznicem (jak to miało miejsce podczas mojego wyjazdu do Skandynawii w tym roku).

Myślę, że koszulki Smartwool naprawdę wpisują się w potrzeby kobiet, jeśli chodzi o modele męskie, trzeba by zapytać panów:)

Zalety odzieży Smartwool:

- podstawowe moje wyposażenie na wyjazdy, jeśli chodzi o odzież!
- ciekawy „elegancki” design;
- nie przesiąka brzydkimi zapachami nawet podczas wielodniowego użytkowania;
- również nie śmierdzi, gdy ma już swoje lata, po wielokrotnym praniu;
- idealna również na lato w mieście;
- prezentuje się świeżo, gdy cały dzień spędzamy aktywnie i musimy dobrze wyglądać;
- najlepsza warstwa podstawowa na aktywności zimowe;
- grzeje, nawet gdy jest mokra, np. od potu lub deszczu.

Wady:

- cena;
- może się zaciągnąć nitka, a w konsekwencji zrobić dziura – łatwiej niż w syntetykach;
- zdarzają się uporczywe plamy (zazwyczaj z tłuszczu), które trudno wywabić (szkoda mi traktować te bluzeczki jakimiś wybielaczem);
- dla perfekcjonistów: wyprasowanie przed założeniem jest niezbędne.

Kamila Gruszka
(Ceneria.pl)






KAMILA GRUSZKA – redaktor internetowego serwisu o tematyce górskiej (www.GORYonline.com), strony miesięcznika „GÓRY” i www.Ceneria.pl – pierwszej polskiej outdoorowej porównywarki cen. Związana z TKN Wagabunda z Krakowa. Autorka artykułów podróżniczych i o tematyce górskiej, także recenzji książek, relacji z imprez podróżniczo-górskich i wywiadów drukowanych w: „Podróżach”, „Poznaj Świat”, „Globtroterze”, „Turystyce” – dodatku Gazety Wyborczej, turystycznym dodatku „Dziennika”, „n.p.m.”, „GÓRACH”, „Drodze”, „Sportowym Stylu” oraz edycjach „Przez Świat”. Prelegent pokazów slajdów. Pilot wycieczek zagranicznych. Stale współpracuje z magazynem „GÓRY”.
Prywatnie mama Dominiki i Jędrzeja, żona Dariusza :). Dzieląc swoje intensywne życie na pracę zawodową, bycie kurą domową, prowadzenie serwisów internetowych, wyjazdy i pisanie, od czasu do czasu uda jej się pojeździć na rowerze, wyjechać w góry czy powspinać się, zimą lubi biegówki, latem - kajaki, w ciągu roku - jogę. Ostatnio intensywnie biega (m.in. ukończony Poznań Maraton - 2009 oraz Cracovia Maraton - 2012).