Ceneria.pl   |   Testeria   |   Turystyka • trekking • wspinaczka   |   Rowery i sprzęt rowerowy   |   Sprzęt narciarski i odzież narciarska   |   Sport i rekreacja
Ceneria logo

Strona główna   »  
Testeria   »  

Targhee II - półbuty marki Keen

Rok temu stałam się właścicielką sandałów Keen, którymi od pierwszego momentu byłam i nadal jestem niezmiennie zachwycona. Recenzję sandałów możecie przeczytać tutaj.

To, co mnie w obuwiu Keen urzekło, to między innymi: ciekawy wygląd, wygoda noszenia, przewiewność, uniwersalność i możliwość ekonomicznego pakowania (dzięki temu na wyjazdy od wiosny do jesieni w plecaku umieszczałam tylko jedną parę butów do chodzenia). Swój tekst o damskim modelu Newport marki Keen, który możecie odnaleźć w dziale “Posłuchaj eksperta“, zatytułowałam wtedy: “W góry... w sandałach - trekkingowa hybryda marki Keen”, bo faktycznie ta “hybryda” - czyli zabudowane sandały z protekcją na czubku - świetnie się sprawdzały w terenie, również na wędrówkach w górach, nawet w Tatrach. Słyszałam także opinie innych osób, które nosząc je w górach w lecie, chwaliły za to, że w upale nogi im się nie męczyły, jak by to miało miejsce w dużych butach trekkingowych. Inni używali ich na podejściach z ciężkim plecakiem nawet w górach wysokich, zabierając ze sobą na wyprawę tylko sandały Keena i drugie buty wysokogórskie.

Gdy więc stałam się właścicielką półbutów tej samej marki, byłam przekonania, że wynikiem testów półbutów Targhee II będzie tak samo zachwalający opis. W stosunku do półbutów Keena mam jednak mieszane uczucia. Ale zacznijmy od początku, wyjaśniając od razu, że stan moich odczuć w przypadku Targhee głównie zależy od okoliczności, w jakich ich używam.


Proces wyboru

Właścicielką półbutów Keen stałam się na wiosnę tego roku (2010). Ważne dla mnie było, by:
- wybrany przeze mnie model był oczywiście damskim (Keen w swojej ofercie ma bogaty wybór różnych modeli zaprojektowanych specjalnie dla pań);
- obuwie to nadawało się na wędrówki po górach, wycieczki w dolinki czy spacery po lesie, ogólnie mówiąc - w terenie (szukałam więc głównie wśród modeli serii Trailhead, które zaprojektowano jako najsolidniejsze w moim odczuciu pośród różnych typów obuwia Keen; inne serie, których nie brałam pod uwagę, to “waterfront “- typowo nad wodę czy na lato, “blvrd “- obuwie miejskie, “market st” - cechujące się wyjątkową elegancją);
- półbuty te były najbardziej uniwersalne i trzysezonowe, czyli pominęłam w wyborze obuwie za kostkę (“mid“), czy typowo zimowe (Keen ma w swojej ofercie także kozaczki :) );
- buty podobały mi się (o to nie było trudno, gdyż marka Keen słynie z oryginalnego wyglądu, buty te zwracają na siebie uwagę innych);
- dobrać odpowiedni kolor (równie ciekawa jest kolorystyka obuwia Keen, w każdym modelu można wybierać spośród kilku kolorów, w przypadku Targhee II damskiego były to: shitake / rust, monument / amarath, black olive / madder brown - co kryje się za tymi angielskimi sformułowaniami widać na zdjęciach poniżej);
- były maksymalnie wodoodporne (Keen w butach stosuje swoją membranę KeenDry, która ma także właściwości oddychające);
- miały solidną podeszwę (w opisie Targhee wyczytałam: “Wypustki w podeszwie to pewna przyczepność na różnego rodzaju nawierzchni.”);
- móc dobrać odpowiedni rozmiar (bo mimo że Keen posiada dość szeroką dostępną numerację - co pół numeru - to jednak z dwóch modeli półbuta, które byłam skłonna zaakceptować, kwestie rozmiaru ostatecznie zawęziły wybór do Targhee II).







 


Kwestia dopasowania

Moje sandały Keena (model Newport) gdy po raz pierwszy wsunęłam w nie stopę, od razu były wyjątkowo wygodne i dopasowane, nie potrzebowałam w ogóle czasu na ich rozchodzenie. Gdy założyłam Targee II na nogi, także wydawało mi się, że wszystko jest z nimi w porządku. Rozmiar był odpowiedni, jednak pierwszy spacer sprawił, że zaczęłam sobie uświadamiać, że jednak coś jest nie tak. Przede wszystkim uciskała mnie ich górna część. Miałam dylemat, jak buty zawiązywać, żeby uniknąć bólu. Próbowałam bowiem wiązać je z językiem pod górną warstwą buta (bardzo elegancko zawiązane w ten sposób buty widać na zdjęciach firmowych Keena), słusznie chyba mniemając, że miękki język ochroni mnie przed uciskająca górną warstwą usztywnionego materiału. Niestety język nawet mocno ściśnięty sznurowadłem co rusz i tak wydostawał się na powierzchnię. Ostatecznie zrezygnowałam z wciskania go z powrotem, gdy bowiem język ponownie znalazł się na zewnątrz, powodowało to obluzowanie się wiązania sznurowadeł, które musiałam ponownie wiązać. Właśnie - rozwiązywanie sznurowadeł. To chyba jest ogólnie problem naszych czasów, że produkowane ze sztucznych tworzyw łatwo się rozwiązują, z czego na pewno zdają sobie sprawę matki małych dzieci, którym trzeba sznurowane buciki zawiązywać dodatkowym drugim węzłem zabezpieczającym. Ja również u siebie stosowałam ten sposób w półbutach Salomona, które rozwiązywały mi się notorycznie. O dziwo, półbuty Keena zdawały egzamin na 4 z plusem w tej kwestii, bo nie zdarzało im się to zbyt często i wystarczyło je zawiązać raz (oczywiście przy zastrzeżeniu że język znajdował się na zewnątrz buta) bez dodatkowego zabezpieczenia.
W modelu Keena, który wybrałam, martwił mnie także niski tył buta. Lubię bowiem mieć dobrze zabezpieczoną piętę i najchętniej wybieram buty (również te na co dzień), które mają dobrze wyprofilowaną tę część, kończącą się mniej więcej na wysokości wygięcia nad piętą, a nie poniżej. Ostatecznie jednak nie był to aż tak duży problem, bo pięta nie uciekała mi do góry aż tak bardzo, a ja po analizie wszystkich mankamentów jedynie postanowiłam, że już nigdy nie będę decydować się na obuwie “wzrokowo” i kupować go przez Internet, tylko powzięłam mocne postanowienie poprzymierzania najpierw kilku modeli przed ostatecznym wyborem.
Zresztą w niedługim czasie uciskająca część - tak jak zresztą przypuszczałam - „wyrobiła się”, opatentowałam nowe wiązanie Targhee z językiem na górze buta, na wycieczki zakładałam grubsze skarpety trekkingowe, więc pięta przestała z buta uciekać i wreszcie mogłam cieszyć się tym, że mam tak fajne buty Keena na własność.


Sprawdzian w terenie


Ponieważ według Keena “outdoor” to jakiekolwiek miejsce bez sufitu, więc sprawdzian terenowy nie raz odbywał się dla tych półbutów w miejskiej dżungli. Wypadał znakomicie. Mimo już kilku miesięcy niemal codziennego użytkowania cały czas wyglądają jak nowe. Niesamowita jest solidność wykonania obuwia Keen. Wszystkie elementy są dokładnie przeszyte, nic się nie odkleja i żaden fragment nie wydaje się zbędny. Z tyłu znajduje się kawałek pętelki, która ułatwia zakładanie butów. Ta sama taśma tworzy szlufki na sznurowadła i elementy dekoracyjne na pięcie, ma jednak bardzo przydatną dodatkową funkcję - w ciemnościach cechują ją właściwości fluorescencyjne, dzięki czemu jesteśmy dobrze widoczni w nocy np. na drodze.
W tym roku buty te wyjątkowo sprawdziły mi się podczas naszej mokrej polskiej wiosny A.D. 2010. Mimo że bardzo modne stały się tego roku kalosze i bez krępacji chodziły w nich nawet bardzo eleganckie panny, ja konsekwentnie trwałam przy moich Keenach. Kalosze nie były mi potrzebne, gdyż buty ani razu mi nie przemokły, nawet podczas bardzo ulewnych dreszczów. Membrana KeenDry, pancerna budowa buta samego w sobie, dodatkowo zabezpieczonego dookoła poprzez podwyższoną podeszwę, naprawdę idealnie się sprawdziła podczas tegorocznej powodzi.
Warto napisać więcej o tym zabezpieczeniu buta w postaci otoku dookoła oraz na przedzie. Jest to dobre rozwiązanie na wędrówki w terenie, gdyż po pierwsze, zabezpiecza naszą stopę przed urazami (gałęzie, kamienie), o co w terenie nietrudno, a po drugie, błoto po takim spacerze, które zazwyczaj gromadzi się przy podeszwie, na takiej powierzchni łatwiej jest wyczyścić niż np. przyczepione do elementów skórzanych. Skóra mogłaby się przebarwić podczas przemywania, czy nawet od samego błota.
Podsumowując testy codzienne - zarówno w mieście jak i na popołudniowych i weekendowych wycieczkach poza obszarem zabudowanym - nie miałam tym butom nic do zarzucenia. Po dopasowaniu się do stopy świetnie się sprawdzały w każdej sytuacji. Jedyne, co mnie niepokoiło, to sporadyczne poślizgnięcia na bardzo gładkiej nawierzchni,  np. kamieniach czy mokrych płytkach. Naprawdę musiałam uważać, więc rekomendacja Keena - “wypustki w podeszwie to pewna przyczepność na różnego rodzaju nawierzchni“ - na powierzchniach wyślizganych, do tego mokrych, nie bardzo się sprawdziła. Natomiast na piasku, błocie, drobnych kamieniach, ściółce leśnej spisywały się znakomicie.

Odkrywanie Beskidu Wyspowego z Keenem


Gdyby nie mój ostatni wypad w góry ten rozdział recenzji półbutów Targhee II marki Keen w ogóle by nie powstał. Zapewne z czystym sumieniem mogłabym wam polecić je do codziennego chodzenia jak i na różne aktywności poza miastem. Być może także na wycieczki w góry, ale po ostatnim weekendzie wiem, że w góry mój model półbutów Keen zdecydowanie się nie nadaje (natomiast chętnie Wam zarekomenduję na lekkie wypady w góry sandały Newport Keena - patrz recenzja).
“Zapraszamy do udziału w cyklu imprez pod nazwą „Odkryj Beskid Wyspowy” organizowanym przez Forum Gmin Beskidu Wyspowego (Rabka-Zdrój, Mszana Dolna, Dobra, Jodłownik, Słopnice, Kamienica, Wiśniowa, Tymbark, Lubień) oraz COTG PTTK, które odbywać się będą w każdą niedzielę lipca i sierpnia 2010 roku o godzinie 9:00 bez względu na pogodę. W programie: wędrówki piesze po górach Beskidu Wyspowego pod opieką przewodników i GOPR, Msza Św. Polowa, występy kapel, zespołów regionalnych, muzycznych, konkursy, wspólny grill. Udział w imprezach jest bezpłatny i nie wymaga wcześniejszego zgłoszenia” - w różnych serwisach internetowych trafiałam na informację o wycieczkach w góry z przewodnikiem. Raczej nie przepadam za tłumnym chodzeniem po górach, ale nie ukrywam, że lubię gawędy przewodników czy to górskich, czy miejskich oprowadzających po zabytkach. Propozycja wydawała się więc kusząca. Poza tym chcieliśmy wybrać się w góry z dziećmi, a towarzystwo, do tego różne atrakcje i zabawy, byłyby dla nich dodatkowym motywatorem do wędrówki. Nie wiedzieliśmy tylko ile osób uczestniczy w tych wycieczkach, a to miało niebagatelne znaczenie, jeśli chodzi o zejście z gór do cywilizacji.
1 sierpnia 2010 r. wyruszyliśmy więc z Lubnia czarnym szlakiem na Strzebel. Choć znani mi przewodnicy podkreślają, że kolorystyka nie ma znaczenia, jeśli chodzi o stopień trudności trasy, to jednak od dzieciństwa mam zakodowane w pamięci, że szlaki oznaczone kolorem czarnym nie należą do najłatwiejszych. To by się potwierdzało w przypadku szlaku czarnego wiodącego z Lubnia na Strzebel. Droga prowadziła cały czas pod górę, do tego podłoże, po którym stąpaliśmy, były to kamienie wymieszane z błotem. Z naszą pięciolatką samodzielnie pokonującą kolejne metry oraz 2 i pół latkiem w nosidle nie spieszyliśmy się, więc bardzo chętnie pozwoliliśmy wyprzedzić się tłumowi zdążającemu na górę. Na szczycie Strzebla zameldowaliśmy się już po mszy polowej, na koniec występów zespołów ludowych, dokładnie w momencie, w którym skończyły się darmowe smażone kiełbaski z grilla :).
Na wycieczki w góry jesteśmy zazwyczaj dobrze przygotowani, więc i tym razem prowiantu dla całej naszej czteroosobowej rodziny mieliśmy pod dostatkiem - choć nie ukrywam, że generalnie wycieczki w Beskidy czy inne tego typu górki raczej traktuję jako spacery. Zdecydowanie jednak nie doceniłam zejścia czarnym szlakiem do Mszany Dolnej ze Strzebla. Gdybym bowiem wiedziała, co mnie czeka, założyłabym na nogi moje buty trekkingowe, a nie półbuty Keen.
Jeśli bowiem ktoś ma ochotę na ekstremalne przeżycia, to zachęcam do przejścia tej trasy. Zdaję sobie sprawę, że mieliśmy zadanie utrudnione, gdyż przed nami drogę przeszło kilkadziesiąt osób, którzy zdążyli błoto po ostatnich deszczach porządnie wyślizgać, jednak stromizna tego zejścia przeszła moje najśmielsze oczekiwania (mimo że poziomice na mapie pewien spadek zapowiadały).
Zaczęło się niewinnie - spacer po równym terenie w pięknym lesie z akcentami widokowymi na Mszanę i Kasinkę. Dzieci były pod wrażeniem, jak wysoko udało im się wejść, widząc w dole małe domki i samochody wielkości zabawek. Zaraz potem teren zaczął się gwałtownie obniżać. Mnie udało się pojechać na błocie jedynie ze 2-3 razy, więc Dominika, którą trzymałam za rękę, dzielnie znosiła trudy tej ślizgawki w dół. Gorzej reagował umieszczony w nosidle Jędrek po kolejnym locie tatusia (w półbutach Newport Keena :)) zakończonym lądowaniem na plecach. Przygnieciony ciężarem maluch rozpłakał się, mniej pewnie z bólu, bardziej reagując na trudną sytuację.
Zdecydowanie powinnyśmy schodzić szlakiem zielonym przez Glisne, a nie czarnym, który został wybrany przez organizatorów imprezy. Być może zupełnie inaczej wyglądałoby nasze zejście, gdyby nie został on wcześniej tak zmasakrowany przez kilkadziesiąt par butów. Dla mnie jednak wnioskiem z tego przejścia było to, że półbuty Keen model Targhee II zdecydowanie nie nadają się na chodzenie po górach, gdyż:
1. Podeszwa zdecydowanie zbyt szybko w trudnym terenie traci kontakt z podłożem (brak dobrej przyczepności).
2. Buty te są zbyt sztywne na nierównościach (zamiast dopasować się do stopy, tę stopę wykręcają).
3. Podczas przejść z dużym obciążeniem (plecak, nosidło z 15-kilogramowym maluchem) idzie się w nich po prostu niewygodnie (niestabilność stopy, wykręcanie stopy na boki).
3.  W teren trudny zdecydowanie powinno się używać butów za kostkę (Targhee II mają jedynie wersję “mid”, czyli trochę podwyższoną).
4. W terenie trudnym, nie spacerowym, po prostu nie sprawdzają się, mimo swych niewątpliwych zalet, jaką jest np. wodoodporność czy solidność wykonania.

Ostateczna rekomendacja

Uważam, że marka Keen jest godna uwagi, jeśli chodzi o wybór obuwia outdoorowego. Musimy sobie jednak uświadomić, do jakich aktywności będziemy go używać, bo mimo że chwaliłam sandały Keena za uniwersalność i przez dłuższy czas byłam przekonana, że i półbuty Targhee II można używać w różnych okolicznościach i różnych miejscach po prostu “bez sufitu“, to jednak zawsze jest jakieś “ale”. W sandałach zimą niewiele byśmy zdziałali :), a w góry chyba jednak bym poleciła zabranie porządnych butów trekkingowych, nawet jeśli będą to tylko Beskidy latem. Opis producenta “Targhee II jest jak wysokiej klasy auto terenowe - idealny do górskich wycieczek” na stronie firmowej Keena www.keen.pl jednak bym usunęła. Półbuty Keena przeznaczyłabym na naprawdę lekkie wycieczki w skały, do lasu, czy na zwykłe wakacyjne przemieszczanie się w terenie niezabudowanym. Możemy się także w Keenach “lansować” w mieście, jeśli lubimy żyć wygodnie i nie zwracać uwagi na pokonywaną nawierzchnię. Damskie modele butów Keena polecam tym kobietom, którym znudziły się już połamane czy pogubione korki od butów na obcasach. Keeny wcale gorzej do eleganckich butów nie wyglądają. Zdecydowanie mają swój styl :).
Zdecydowanym plusem butów Keen z membraną KeenDry jest natomiast ich nieprzemakalność. W tym roku sprawdziłam wraz z mężem półbuty Targhee II i Newsport męski w ulewnych deszczach i wielkich kałużach m.in. podczas powodzi i nie mamy im nic do zarzucenia. Ani razu nie przemokły.

Kamila Gruszka
(Ceneria.pl)





KAMILA GRUSZKA – redaktor internetowego serwisu o tematyce górskiej (www.GORYonline.com), strony miesięcznika „GÓRY” i www.Ceneria.pl – pierwszej polskiej outdoorowej porównywarki cen. Związana z TKN Wagabunda z Krakowa. Autorka artykułów podróżniczych i o tematyce górskiej, także recenzji książek, relacji z imprez podróżniczo-górskich i wywiadów drukowanych w: „Podróżach”, „Poznaj Świat”, „Globtroterze”, „Turystyce” – dodatku Gazety Wyborczej, turystycznym dodatku „Dziennika”, „n.p.m.”, „GÓRACH”, „Drodze”, „Sportowym Stylu” oraz edycjach „Przez Świat” (2004 – wyróżnienie na OSOTT, 2005, 2008). Prelegent wielu pokazów slajdów. Pilot wycieczek zagranicznych. Stale współpracuje z magazynem „GÓRY”.
Prywatnie mama Dominiki i Jędrzeja, żona Dariusza :). Dzieląc swoje intensywne życie na pracę zawodową, bycie kurą domową, prowadzenie serwisów internetowych, wyjazdy i pisanie, od czasu do czasu uda jej się pojeździć na rowerze, wyjechać w góry czy powspinać się. Ostatnio intensywnie biega (m.in. ukończony Poznań Maraton - 2009).




ZOBACZ PRODUKTY