Ceneria logo
 

Strona główna   »  
Testeria   »  

Buty biegowe Mafate Speed 2 czyli pofrunąć z Hoka One One



„Ludzie myślą, że wyglądam w tych butach trochę jak klaun, ale nie dbam o to, bo dzięki nim mogę fruwać ponad
skałami i zupełnie ich nie czuć”. 

Karl Meltzer, amerykański ultra maratończyk
 



 
Kiedy jakieś 3 lata temu pojawiła się informacja na facebookowej ultra maratońskiej grupie dyskusyjnej, że buty biegowe Hoka One One niebawem będą dostępne w Polsce, wzbudziło to żywą dyskusję. Niektóre wypowiedzi świadczyły, że buty Hoka One One nie są zwykłymi obuwiem. Marka ta obudziła emocje, jakie rzadko dotyczą butów. Najbardziej zapamiętałem wypowiedzi typu: „nieeee, nie będzie biegał w takich żelazkach” lub „spody mają jak kawał słoniny”. Inni natomiast już zacierali ręce i cieszyli się, że będą mogli je nabyć w Polsce. Buty faktycznie były inne niż wszystkie, jakie dotychczas znaliśmy. W czasach promowania butów minimalistycznych ktoś poszedł na przekór reklamowym trendom i zaproponował buty „maksymalistyczne”. Wyglądały dość dziwaczne: wysokie spody, rzucająca się w oczy olbrzymia amortyzacja, wrażenie, że stopa jest dość wysoko nienaturalnie osadzona. Wkrótce miałem okazję przetestować flagowy model trailowy – Speedgoat i samemu przekonać się, jak biega się na tych „żelazkach” lub jak kto woli - na spodach jak „kawał słoniny”.
Okazja, aby się przekonać, pojawiła się dość szybko. Przygotowywałem się do biegu w Dolomitach na dystansie 48 km – Cortina Trail. W Speedgoatach zrobiłem kilka długich wybiegań w Tatrach i przebiegłem Cortina Trail.  Byłem zachwycony, choć chyba to zbyt małe słowo. Od tamtego czasu Speedgoaty stały się „moimi” butami. Dzisiaj nie są już też obuwiem rzadkim na nogach polskich biegaczy, nie wzbudzają sensacji, ale nadal budzą ciekawość i liczne pytania. Tymczasem ja zaliczałem w nich wszystkie moje biegi górskie. Sprawdziły się przede wszystkim na tegorocznym Laveredo Ultra Trail – 120-kilometrowym biegu w Dolomitach.


W butach Hoka One podczas Laveredo Ultra Trail
 
Biegałbym pewnie w Speedgoatach jeszcze długo, jednak w tym roku nadarzyła mi się okazja, aby przetestować całkowicie inny model Hoka – Mafate Speed 2. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Speedgoaty i Mafate Speed 2 to bardzo podobne buty. Różnią się jednak znacząco. Dla mnie najważniejsze różnice to bieżnik: w Mafate Speed 2 zdecydowanie bardziej agresywny, co mnie bardzo cieszy, bo nie zawsze w Polsce biega się po skałach, często mamy błoto po łydki. Start w Łemkowynie na dystansie 70 km i w tegorocznej Szczawnicy przekonał mnie, że nawet z bieżnikiem od Vibrama można fikać efektowne kozły.  Kolejna różnica to usztywnienie w pięcie: w Mafate Speed 2 pięty są zdecydowanie bardziej usztywnione niż w Speedgoatach, co mnie również bardzo cieszy. Usztywnienie to stanowi rodzaj ramki na zapiętku. Speeddgoaty miały miękką piętę i szczerze mówiąc trochę budziło to moje wątpliwości, ale były to jedyne wątpliwości w stosunku do Speedgoata. Jak widać Mafate Speed 2 całkowicie je rozwiały. Ktoś czyta w moich myślach. Dziękuję Ci, Hoko.

Buty Hoka One One Mafate Speed 2. Charakterystyczne ramkowe usztywnienie na zapiętku.
 
Test Mafate Speed 2 był dowodem mojej „bezgranicznej ufności” w Hoki. Nowe buty na test otrzymałem na tydzień przed startem w Misurina Sky Maraton, znowu w Dolomitach. Jest to niezwykle piękny bieg o przewyższeniach 3 tysiące metrów, zaledwie na 42 km, podczas którego zalicza się kilka bardzo wysokich ok. 2,5 tysięcznych i eksponowanych przełęczy. Tak, zabieranie nowych butów biegowych na takie wyzwanie można nazwać głupotą, zgadzam się z tym, jednak postanowiłem, że to ma być naprawdę prawdziwy test. Buty pierwszy raz założyłem na 2 dni przed zawodami, na wycieczkę aklimatyzacyjną, podczas której weszliśmy na Lagazuoi –  wysoki na 2750 m n.p.m.  szczyt wznoszący się nad przełęczą Falzarego. Nowe buty nie dały mi żadnych powodów do zmartwień - pasowały świetnie. Stwierdziłem nawet, że mogą służyć nie tylko jako buty biegowe, ale również jako lekkie buty trekkingowe.

Misurina Sky Maraton pokazał pazur. Dolomity nie były tymi pocztówkowymi pięknymi górami, jakie znałem z poprzednich startów. Było mokro, deszcz padał od kilku dni. W dniu startu lało od początku zawodów po ich koniec. Było przenikliwe zimno i wiatr. O wrażeniach estetycznych z biegu można było śmiało zapomnieć. Nie ukrywam, że w tych warunkach ryzyko było wysokie, że nowe buty w połączeniu z wilgocią w ich wnętrzu zrobią z moich stóp masakrę. Zagrożenie wystąpienia pęcherzy i obtarć było wysokie. Z drugiej strony wiedziałem, że nawet jeśli tak się stanie, to 42 kilometry to nie tak znowu dużo i zawsze wytrzymam. Już na samym początku biegu była możliwość przetestowania bieżnika. Leśne ścieżki ponad Misuriną obfitowały po opadach w błoto, którego nie powstydziłby się niejeden beskidzki bieg w Polsce. Pierwsze miłe zaskoczenie – nie ślizgałem się na błotnistej mazi, chociaż obok już niektórzy mieli z tym problem. Agresywny bieżnik dawał radę, zdecydowanie bardziej niż ten ze Speedgoatów.
 
 
 

Swoboda, jaką mam w zbieganiu w Hokach, zawsze mnie cieszy i zmiana na inny model ani trochę mi jej nie zabrała.  W Mafate Speed 2 amortyzacja świetnie niwelowała wszelkie nierówności, można było po prostu biec „na swojego maksa”. Przekonałem się o tym zwłaszcza na długim zbiegu ze schroniska Rifugio Pian di Cengia, najwyżej położonego punktu biegu (2528 m n.p.m.). Czułem, że naprawdę but dobrze trzyma stopę, bieżnik wręcz klei się do skalistej, pełnej kamieni nierównej i mokrej ścieżki. Usztywnienie pięty powodowało, że zdecydowanie pewniej czułem się niż w Speedgoatach. Czułem, że zbieganie sprawia mi dużo radości. Okazało się, że są niesamowicie wygodne, a co najważniejsze: dają absolutną pewność na zbiegach. Amortyzacja powoduje, że nie musimy aż tak bardzo przejmować się nierównościami i kamieniami. Najważniejsza sprawa: pomimo obfitego deszczu i mokrych butów, skarpet i stóp po biegu nie miałem ani jednego pęcherza. Buty były nowe, nie rozchodzone, nie „przebiegane”. Test wypadł bardzo pomyślnie. Dla mnie to kolejny powód, aby ufać Hokom. 
 
O Hokach warto wiedzieć jedną rzecz: sprawiają wizualne wrażenie, że stopa jest dość wysoko osadzona, jednak gdy założymy już buty, okazuje się, że stopa jest ułożona w bucie dość głęboko i nie mamy nienaturalnej wysokiej pozycji stopy.  Ciężko wręcz uwierzyć, że drop wynosi zaledwie 4 cm. Dla mnie to najwygodniejsze buty, w jakich biegałem. Daleki jednak jestem od przekonywania kogokolwiek o wyższości pewnych rozwiązań czy marek nad innymi. Nigdy nie dyskutuję ani nie doradzam nikomu żadnych butów, uważam że każdemu będą pasować inne, dlatego trzeba po prostu znaleźć te swoje. Mnie Hoki po prostu pasują i po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że to „moje buty”.

Darek Gruszka
Ceneria.pl